Weekend na FOH’u – dzień pierwszy – leśny.

Teatr Leśny. Większość ludzi mówi „oczywiście, że wiem gdzie to jest!”. Wtedy trzeba im powiedzieć „ale to nie chodzi o Opere Leśną w Sopocie”. Wtedy następuje zazwyczaj lekka konsternacja i pytające spojrzenie. Teatr Leśny, w odróżnieniu od Opery jest w Gdańsku Wrzeszczu, w bok od Jaśkowej Doliny. Fantastyczne miejsce koncertowe. Serio. Do jazzu, i nie tylko. Dzień zaczął się około godziny 13 od walki z materią znaną powszechnie jako ‚aparatura nagłośnieniowa’. Jakakolwiek próba oparcia się o konsolete kończyła się wyłączeniem prawego kanału. Ot takie małe utrudnienie dla zmęczonego życiem realizatora. Plądrowanie case’a z mikrofonami też dostarczyło ciekawych odkryć i zmusiło do twórczej improwizacji przy nagłośnieniu fortepianu. Na szczęście potem była już muzyka. Lekko byłem zdziwiony dwoma rzeczami – po pierwsze, że na koncert jazzowy przyszli ludzie, i to najwyraźniej z własnej nieprzymuszonej woli. Nie jestem do tego specjalnie przyzwyczajony. A druga sprawa – zdziwił mnie pełen przekrój społeczeństwa. Normalnie jazz dla mas. Coś fantastycznego. I ci ludzie cieszyli się muzyką, dacie wiarę?! Szef kuchni zaproponował:
Artur Dutkiewicz – w trio, w swoich jazzowych intepretacjach utworów Niemena. Lekko, przyjemnie i smakowicie. Celowo pominąłem „łatwo”, bo w kategoriach jazzu mogłoby to zabrzmieć jak obelga. Mój faworyt – „Bema Pamięci Żałobny Rapsod” – trudno rozpoznawalny, mniej hipisowski, wciąż doskonały. Chyba muszę zdobyć płytę.
Maciej Sikała Trio – skład typowo trójmiejski. Było zdecydowanie trudniej, ale z jeszcze większym pozytywnym feedbackiem publiczności. Ta częśc koncertu uświadomiła mi jak wiele zależy od kontekstu miejsca i okoliczności koncertu. Tak, podobało mi się. Nie, nie ma żadnego „ale”.
Ewa Uryga – na finał, ładnie i tak jak lubie – jazzawo, soulowo, troche gospelowo, troche fuzyjnie, troche popowo. Sympatyczna sekcja, dobry klawisz pożyczony od Brodki, z pulsem, życiem i wykopem, ale też dużą ilością powietrza. Można było się pościgać realizacyjnie z moim ulubionym ‚Baduism Live’ z 1997. Troszeczke zabrakło mocy w przodach, no ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. Wokal – ok i niewiele więcej ponad. Gdzieś na trójmieście przeczytałem recenzję w której ktoś skrytykował słowiańsko-angielski akcent. No coś w tym jest. Kaznodziejska przaśność też wyszła mało naturalnie, ale do tego chyba trzeba mieć nieco inny kolor skóry i najlepiej jeszcze inny kontynent pod stopami. Ale mi tam się podobało, a co.

W sumie nawet szkoda że nie zostałem na pozostałych ‚Nocach Jazzowych’, ale obowiązki wzywały w innych obiektach rozrywkowych…

Podpis uczestnika:

Reklamy