„Mała rzecz, a cieszy” – międzypokoleniowa ikona popkultury

Reklamy
Published in: on 15 lutego 2010 at 12:43  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,

„Mała rzecz, a cieszy” – NIE TAKI WILK STRASZNY JAK GO MALUJĄ

Nie taki wilk straszny jak go malują.

Published in: on 11 listopada 2009 at 16:40  Comments (1)  

„Mała rzecz, a cieszy” – BALON Z HELEM

baloon

Published in: on 6 listopada 2009 at 15:58  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Weekend na FOH’u – dzień trzeci – przaśny

Gowino – jak się dowiedziałem od Prezesa firmy z którą tego dnia miałem pracować – jest „kawałek za Wejherowem”. Po krótkiej rozmowie z Ekipą doszliśmy do wniosku że prawdopodobnie istnieją dwie możliwe lokalizacje imprez – „Wejherowo” oraz „kawałek za Wejherowem”. W ten sposób Gowino, Nowy Targ i Montreux leżą „kawałek za Wejherowem”. Proste to i bardzo ułatwiające życie. Dożynki, mają – jak zauważyłem już jakiś czas temu – pewien zbiór wspólnych mianowników. Jednym z nich jest jedzenie. Drugim, są przemównienia masy ważnych ludzi, którzy często uciekają od mikrofonu, jako że nie są przywykli do przemawiania na imprezach masowych. Trzecim, najgroźniejszym – jest FOLKLOR. Przez folklor rozumiemy tu całokształt nieprzewidzianych rzeczy które mogą wydażyć się na scenie podczas imprezy, czasami nawet ujętych w harmonogramie, ale uznanych za zbyt oczywiste aby informować o nich ekipę nagłośnieniową. I tak np. występ folklorystycznego zespołu taneczno-wokalno-instrumentalnego – wymagania proste: „eee, 4 mikrofony z przodu sceny wystarczą”. Cudownie. „Ale takie mikrofony? Niee, my musimy miec takie które wszystko zbiorą”. Mhm. „Gdybyśmy wiedzieli, to byśmy wzięli nasze z domu kultury”. I tak dalej, i tak dalej. Tym razem obyło się – o dziwo – bez większych problemów. Zespół pt. parapet, mini-disc + 4 wokale też się wybronił. Trudno żeby nie, nieźle przygotowane „kowery” polskich przebojów z trzech dekad to podstawa dobrej imprezy. Problemy zaczęły się przy występie gwiazdy – po prostu zbrakło mocy. Przy pierwszym uderzeniu stopy na próbie zasilanie przysiadło, procesory się zresetowały i już wiedzieliśmy że tego wieczoru za głośno nie zagramy. Na wielkie szczęście realizator Brathanków okazał się Oazą Spokoju i Totalnym Profesjonalistą i postanowił nie robić problemów tylko grać tak, jak przeciwnik pozwala. Swoją drogą przypomniała mi się historia pewnej ekipy która też dostała kiepski prąd i po pierwszym głośniejszym dźwięku zasilanie przysiadło, stół (cyfra) się zrestetował powodując strzał w nagłośnienie, co spowodowało następny nieomal zanik zasilania, co spowodowało zresetowanie stołu, co spowodowało… i pewnie by tak tkwili do dzisiaj w tej nieskończonej hałaśliwej iteracji gdyby ktoś nie wyrwał wtyczki od stołu i nie przepiął na inną fazę. No, ale wracjąc do tematu, koniec końców zagrało nam to wszystko poprawnie, pokazując raz jeszcze, że Geo-S jest sprzętem KLUBOWYM, który nie zagra ani za szeroko, ani za głośno, ani za daleko. Ale przecież jako taki został zaprojektowany, więc trudno mieć do kogokolwiek pretensje.

Tak czy owak – dożynki fajna rzecz. Były nawet żelki Haribo na wagę, co znacznie podniosło – przynajmniej dla mnie – prestiż imprezy. Rozważania na temat „jak prawidłowo nagłośnić diabelskie skrzypce” doprowadziły nas do wniosku iż powinno się zaprojektować zestaw trzech specjalnych mikrofonów do tego instrumentu – więc producenci na start, zagonić designerów do roboty, na przyszłe dożynki chcemy mieć gotowy prototyp.

Podpis autora (z Misiem Na Miarę Naszych Możliwości w tle):

Published in: on 28 sierpnia 2009 at 9:14  Dodaj komentarz  
Tags: , , , ,

Weekend na FOH’u – dzień pierwszy – leśny.

Teatr Leśny. Większość ludzi mówi „oczywiście, że wiem gdzie to jest!”. Wtedy trzeba im powiedzieć „ale to nie chodzi o Opere Leśną w Sopocie”. Wtedy następuje zazwyczaj lekka konsternacja i pytające spojrzenie. Teatr Leśny, w odróżnieniu od Opery jest w Gdańsku Wrzeszczu, w bok od Jaśkowej Doliny. Fantastyczne miejsce koncertowe. Serio. Do jazzu, i nie tylko. Dzień zaczął się około godziny 13 od walki z materią znaną powszechnie jako ‚aparatura nagłośnieniowa’. Jakakolwiek próba oparcia się o konsolete kończyła się wyłączeniem prawego kanału. Ot takie małe utrudnienie dla zmęczonego życiem realizatora. Plądrowanie case’a z mikrofonami też dostarczyło ciekawych odkryć i zmusiło do twórczej improwizacji przy nagłośnieniu fortepianu. Na szczęście potem była już muzyka. Lekko byłem zdziwiony dwoma rzeczami – po pierwsze, że na koncert jazzowy przyszli ludzie, i to najwyraźniej z własnej nieprzymuszonej woli. Nie jestem do tego specjalnie przyzwyczajony. A druga sprawa – zdziwił mnie pełen przekrój społeczeństwa. Normalnie jazz dla mas. Coś fantastycznego. I ci ludzie cieszyli się muzyką, dacie wiarę?! Szef kuchni zaproponował:
Artur Dutkiewicz – w trio, w swoich jazzowych intepretacjach utworów Niemena. Lekko, przyjemnie i smakowicie. Celowo pominąłem „łatwo”, bo w kategoriach jazzu mogłoby to zabrzmieć jak obelga. Mój faworyt – „Bema Pamięci Żałobny Rapsod” – trudno rozpoznawalny, mniej hipisowski, wciąż doskonały. Chyba muszę zdobyć płytę.
Maciej Sikała Trio – skład typowo trójmiejski. Było zdecydowanie trudniej, ale z jeszcze większym pozytywnym feedbackiem publiczności. Ta częśc koncertu uświadomiła mi jak wiele zależy od kontekstu miejsca i okoliczności koncertu. Tak, podobało mi się. Nie, nie ma żadnego „ale”.
Ewa Uryga – na finał, ładnie i tak jak lubie – jazzawo, soulowo, troche gospelowo, troche fuzyjnie, troche popowo. Sympatyczna sekcja, dobry klawisz pożyczony od Brodki, z pulsem, życiem i wykopem, ale też dużą ilością powietrza. Można było się pościgać realizacyjnie z moim ulubionym ‚Baduism Live’ z 1997. Troszeczke zabrakło mocy w przodach, no ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. Wokal – ok i niewiele więcej ponad. Gdzieś na trójmieście przeczytałem recenzję w której ktoś skrytykował słowiańsko-angielski akcent. No coś w tym jest. Kaznodziejska przaśność też wyszła mało naturalnie, ale do tego chyba trzeba mieć nieco inny kolor skóry i najlepiej jeszcze inny kontynent pod stopami. Ale mi tam się podobało, a co.

W sumie nawet szkoda że nie zostałem na pozostałych ‚Nocach Jazzowych’, ale obowiązki wzywały w innych obiektach rozrywkowych…

Podpis uczestnika:

Przepis na Kurczaka w Berlingo

Aby przygotować kurczaka w Berlingo porzebujemy:

– Citroena Berlingo
– Misiora jako kierowcę
– 1 białą ulotkę reklamującą koncert grupy Snails
– 1 żółtą ulotkę reklamującą koncert grupy Snails
– długopis
– taśmę klejącą
– minimum dwukilometrowy korek na trasie Sopot-Gdynia

A oto efekt końcowy:
kurak

Published in: on 28 lipca 2009 at 17:23  Dodaj komentarz  

Nigdy nie lekceważ robotów!!

roboty

Published in: on 28 lipca 2009 at 12:51  Dodaj komentarz  

Po co?

…tego nie wie nikt, na pewno nie bedzie to blog o House MD (który to serial obaj cenimy nadwyraz), po prostu pewne teksty pasują wszędzie i zawsze…

no własnie
make tea not love…

Poniżej pierwszy z radosnych KuboMalunków:
kaczucha

Published in: on 24 lipca 2009 at 16:41  Dodaj komentarz